środa, 21 czerwca 2017

Rozdział XII

Atten, 24. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Od czterech dni Marrymot był piekłem jeszcze większym niż wcześniej. Dobrze nie było, od kiedy tylko zaczęła się wojna, czyli od przeszło trzech lat, ale to, co działo się obecnie…
      Wojna od zawsze kojarzyła jej się z okrutną zabawą mężczyzn. Ci, którzy pragnęli władzy, zmawiali się z tymi, którzy chcieli podnieść sobie samoocenę, udowodnić coś światu. Szybko dołączali do nich zbiry, sadyści i gwałciciele, a także po prostu ci, którym się nudziło.
      Właśnie, nuda. Kennis zawsze uważała, że inteligentni ludzie się nie nudzą, ale teraz, kryjąc się w tajnym schowku u nieznanej sobie rodziny, niemal nie mogąc się poruszyć i nie mając nic do roboty, stwierdziła, że musi nieco zrewidować poglądy. Ale to nieważne.
      Wracając do wojny: to mężczyźni ją wywoływali, oni ją prowadzili i oni ją kończyli. Dlaczego w takim razie w tej bezsensownej męskiej grze najbardziej musiały cierpieć kobiety? Najpierw, kiedy prowadzono regularne bitwy, trzęsły się ze strachu, każdego dnia bojąc się, że ich mężowie, synowie, bracia, ojcowie czy ukochani nie wrócą. Potem opłakiwały poległych, zaś podczas okupacji… Wiecznie narażone na niebezpieczeństwa, w większości bały się wyjść z domów. Jakoś jednak dawało się żyć. Armańska okupacja trwała już niemal rok i zarówno Marrymoci, jak i Marrymotki nauczyli się egzystować w nowej rzeczywistości. Nauczyli się nie wychylać, nie popisywać odwagą, kłaniać na widok Arman, spełniać ich rozkazy. Nauczyli się kodeksu przetrwania. Ale nic nie mogło przygotować ich na to, co spadło na nich cztery dni temu. Podziemie dowiedziało się co prawda, że Armanie przeprowadzą łapanki niezamężnych kobiet na wielką skalę, ale niemożliwym wręcz było ukrycie wszystkich dziewcząt. Niektóre posłano do marrymockich domów publicznych, ale większość nawet nie chciała o tym słyszeć. Kennis również.
      Drgnęła, gdy tuż nad głową usłyszała kroki. Wstrzymała oddech i przysłuchała się głosom. Uff, to nie Armanie.
      Odetchnęła z ulgą i przymknęła oczy, wspominając wydarzenia ostatnich kilku dni.
      Dziewiętnastego jak zwykle przebywała w Marrymockim Teatrze Narodowym. Od rana ćwiczyła swoją najnowszą rolę. Odpoczęła nieco dopiero podczas przerwy obiadowej. Rozmawiała z kolegami i koleżankami, dzieląc się spostrzeżeniami na temat nowego reżysera. Byliby tak gawędzili całą godzinę przeznaczoną na posiłek, gdyby nie fakt, że niespodziewanie do Restauracji Teatralnej przyszedł młody chłopak, którego i Kennis, i kilkoro innych osób znało jako łącznika z ruchu oporu. Ujrzawszy ją, Maks skłonił się lekko, a jego policzki uroczo się zaróżowiły. Biedny młodzik! Był do szaleństwa w niej zakochany, odkąd ujrzał ją w sztuce pod tytułem „Muśnięcie słońca”. Kennis bardzo go lubiła, ale nie było mowy, by odwzajemniła jego romantyczne uczucia. I nie chodziło tu o wiek ani o pozycję. Ona po prostu wierzyła, że gdyby to było to, poczułaby to od razu. A nic takiego się nie wydarzyło, żadnych motyli w brzuchu, żadnego kołatania serca.
      Maks zreflektował się szybko i podszedł do stolika dyrektora teatru, Tannesa. Wyszeptał mu na ucho parę słów, po czym ulotnił się prędko.
      Kennis dyskretnie spojrzała na Tannesa. Zbladł, a na jego czoło wystąpił pot. Przez moment siedział nieruchomo, po czym odchrząknął lekko, przeprosił współbiesiadników (na których składały się same ważne w Attenie persony), po czym powoli udał się ku wyjściu. Ujrzawszy ustalony przed kilkoma tygodniami znak oznaczający konieczność spotkania się w konkretnym pomieszczeniu teatru, Kennis przestała zwracać uwagę na rozmowę, jaka się przy niej toczyła. Nie mogąc już nic przełknąć, siedziała po prostu, uśmiechając się grzecznie, ale myślami będąc już daleko. O co chodziło? Co takiego powiedział dyrektorowi Maks?
      Cóż, niebawem miała się dowiedzieć.
      Kiedy przerwa obiadowa dobiegła końca, niby to od niechcenia oderwała się od grupy. Wiedziała, że inni z ruchu oporu niebawem zrobią to samo. Pokręciła się trochę po korytarzach, by następnie przejść do ustalonego pokoju.
      Kiedy tam weszła, zastała Tannesa oraz kilkoro innych. Poczekali jeszcze chwilę na resztę. Z powodu niecierpliwości Kennis ledwo mogła usiedzieć w miesjcu. Wiedziała, że wieści nie będą dobre, nie spodziewała się jednak aż takiego dramatu.
      Dowiedziawszy się, że Armanie zamierzają obedrzeć Marrymotki z całej godności, lekko rozdziawiła usta. Czy to jej się śniło…?
      Cała reszta spotkania zatarła się w jej pamięci. Kiedy próbowała coś sobie przypomnieć, widziała tylko rozmazane obrazy. Mgła zasnuła jej umysł, nie pozwalając skupić się na niczym poza tragedią, do jakiej niebawem doszło.
      Kennis nawet nie myślała o małżeństwie. Owszem, jej rodzice i dziadkowie bardzo pragnęli, by znalazła sobie męża, ale dla niej całym życiem był teatr. Nie miała czasu na zakochanie się ani nic z tych rzeczy. Całkowicie poświęcała się pasji, co zaowocowało uznaniem ją za najlepszą aktorkę obecnych czasów. Nie spoczęła jednak na laurach, postanowiła, że zawsze będzie starała się równie mocno, zupełnie tak, jak gdyby każda następna rola była jej pierwszą, poprzez którą musiała udowodnić widzom, że nadaje się do tego, co robi.
      Dziewiętnastego dnia ósmego miesiąca czterysta dwudziestego czwartego roku Ery Paktu Kennis po raz pierwszy pożałowała, że nie zdecydowała się na ślub z pierwszym lepszym Marrymotem. Do licha, mógłby to być nawet Maks! On byłby zachwycony, a ona miałaby pewność, że pozwoli jej na każdy kaprys i przyklaśnie każdej jej decyzji.
      Ale już za późno. Teraz nic nie mogło jej uratować…
      Nie wątpiła w to, że zapewniono jej schronienie najprawdopodobniej lepsze niż innym dziewczętom, zawdzięczała swej sławie. Jeszcze dziewiętnastego wieczorem ulokowano ją w skrytce pod podłogą domu, w którym nie mieszkała żadna panna na wydaniu ani nawet dziewczynka. Podejrzewano, że Armanie najpierw wparują do tych domostw, w których mieszkały młode dziewczęta - i nie pomylili się. Niemniej Armanie nie byli głupi, wiedzieli, że informacje o łapankach przeciekły i że Marrymotki będą chowane po wszystkich kątach. Dlatego też Kannis nie miała złudzeń: znajdą ją. Prędzej czy później.

*
Salgarien, 24. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Nigdy wcześniej nie czuła się tak poniżona. Okryła się hańbą, została splugawiona i już nigdy, przenigdy nie zmyje z siebie tego wstydu.
      Kiedy Yuki wreszcie sobie poszedł, miała zamiar zakopać się pod kołdrą i wypłakać. Niestety, nie pozwolono jej na to. Do pokoju wszedł armański lekarz i wykonał swoje obowiązki, jedynie dokładając jej wstydu. To samo zrobił reszcie dziewcząt. Każda była skrępowana i zdołowana, ale Ilyari nie myślała wówczas o innych. Tonęła we własnej rozpaczy, która pogłębiła się tylko, gdy lekarz odebrał jej białą bransoletkę, a wręczył czarną, nakazując jej nosić ją codziennie, przez całą dobę. Przypomniała sobie wykład na temat opasek. Czarna oznaczała wyłączność. To z kolei znaczyło, że Yuki wykupił sobie do niej prawa. O bogowie, czy to oznaczało, że upatrzył ją sobie już wcześniej, zanim zaprowadził ją i Silyę do Karczmy?
      Jej serce znów zalała fala nienawiści.
      Zeszła z łóżka i na moment zapatrzyła się na pobrudzoną krwią pościel. Dowód jej hańby i niedotrzymania złożonej Najstarszym przysięgi. Przymknęła powieki, pozbywając się gromadzących się w oczach łez. Potem gwałtownym ruchem zebrała wszystko, co nieczyste i uciekła do łazienki. Rzuciła zabrudzone prześcieradło na podłogę, a sama już miała wpaść pod prysznic, gdy jej wzrok napotkał lustro. Podeszła do niego powoli. Niby widziała siebie, ale wydawało jej się, że patrzy na kogoś zupełnie innego. Na kogoś obcego. Czy to przez to, co się chwilę wcześniej wydarzyło?
      Przymknęła oczy, by powstrzymać łzy. Kiedy zaś znów uniosła powieki, zwróciła uwagę na zepsutą fryzurę. Zanim TO się stało, jej włosy jak zwykle tkwiły w objęciach ciasnego koka. Czesała się tak, wiedząc, że pani matka by to aprobowała. To fryzura właściwa wyznawczyniom Najstarszych.
      Teraz jednak, spoglądając na uwolnione z koka kosmyki i ogółem potarganą czuprynę, zdała sobie sprawę, że nie ma już prawa tak się czesać. Złamała przysięgę, stała się upadłą kobietą, wybrała życie w hańbie. Wyglądając jak grzeczna, wzorowa i niewinna wyznawczyni Najstarszych, okłamywałaby i wszystkich dookoła, i samą siebie.
      Jeszcze bardziej zrozpaczona, po uwolnieniu włosów z koka weszła wreszcie pod prysznic. Zawzięcie szorowała się gąbką po całym ciele, choć przecież Yuki ledwo ją dotknął. Dopiero po jakimś czasie zauważyła, że skóra zdążyła się już porządnie zaczerwienić, a jej oddech wciąż jest nienaturalnie przyspieszony. Odłożyła myjkę na miejsce i objęła się ramionami. Z powodu spływającej po niej wody nie poczuła, że płacze, ale miała tego świadomość. Pierwsza łza, druga, trzecia, siedemnasta…
      Ukucnęła i objęła kolana rękoma, leciutko kołysząc się w przód i tył. Woda niemal kojąco oblewała jej gładkie plecy. Uspokoiłaby ją, gdyby miała mniejsze problemy. Teraz jednak nic nie mogłoby jej pomóc.
      Najchętniej nigdy nie wyszłaby spod prysznica. Zebrała się jednak w sobie i osuszyła ciało ręcznikiem wyglądającym na dużo nowszy od tego, którym wycierała się w domu. W domu… którego już nie miała.
      Znów zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała koszmarnie, ale co ją to obchodziło? Nie zamierzała być dla nikogo piękna. Wręcz przeciwnie, najchętniej dodatkowo by się oszpeciła, byle tylko nikt na nią nie patrzył. On też. On w szczególności. Zdrajca, któremu tak bardzo chciała wierzyć. Zdrajca, któremu nauczyła się ufać, choć tak krótko się znali. A może właśnie o to chodziło? Może nie przejrzała go, bo nie mieli okazji bliżej się poznać? Czy gdyby więcej z nim rozmawiała, odkryłaby, kim jest w istocie? Nie wiedziała. Był tak doskonale niepozorny, że wydawał się wręcz idealny do robienia czegoś w tajemnicy.
      Ze złością zabrała się za mycie pościeli, którą następnie powiesiła na suszarce. Potem stała chwilę nieruchomo. Wciąż nie chciało jej się wierzyć w to wszystko, co się wydarzyło.
      Zmusiła się wreszcie do powrotu do pokoju. Chciała zakryć póki co rozpuszczonymi, mokrymi włosami twarz, którą od płaczu pokrywały czerwone plamy. Planowała przemknąć „na swoje terytorium”, zasunąć zasłony, zwinąć się w kłębek i oddać czarnej rozpaczy.
      Silya szlochała sobie cicho, siedząc na swoim łóżku. Ilyari wiedziała, że powinna ją pocieszyć, ale wątpiła, by Sil mogła czuć się gorzej od niej, a poza tym nie miała ochoty na jakiekolwiek czcze gadanie, ruszyła więc w swoją stronę. Nie zdołała uczynić jednak kroku, gdy doskoczyła do niej Erri.
      - Wytłumacz się, jak to się stało, że kopnął cię taki zaszczyt?! - zawołała. Gdy Iri podniosła głowę i Erri ujrzała jej zaczerwienioną twarz, zdziwiła się lekko, ale zaraz się zreflektowała i oznajmiła, że czeka na odpowiedź.
      - Nie mam pojęcia, o co ci chodzi - warknęła Ilyari, po czym postawiła krok do przodu. Erri złapała ją za przegub lewej ręki.
      - Nie udawaj! - Wykręciła oczyma. - Znaliście się już wcześniej czy jak? Byliście już ze sobą? Ty i Książę Salgarienu?
      Iri już miała wybuchnąć złością, gdy dotarły do niej ostatnie słowa koleżanki. Zamarła.
      - Co? - spytała szeptem. Silya również przestała płakać i ze zdumieniem patrzyła na Erri, czekając na wyjaśnienia. Ogromnie się zdziwiła, gdy ujrzała wychodzącego stąd Yukiego. Nie widziała, gdy wchodził, bo była wtedy z tym okropnym Ureno. Zdążyła go znienawidzić. Gdy uświadomiła sobie, że teoretycznie może zostać jego żoną, zrobiło jej się niedobrze.
      - Oj, nie udawaj niewiniątka! - wykrzyknęła Erri, przerywając wspomnienia i rozmyślania Sil. - Przyznaj się, jak to się stało, że sam Książę Salgarienu zaszczycił cię wizytą, hę? I to nie ostatnią, skoro wziął cię sobie na wyłączność! To nie może być przypadek, więc opowiadaj, jak się poznaliście? Jak zostałaś jego dziewczyną?
      Myśli Ilyari plątały się bez większego sensu po jej umyśle. Książę Salgarienu? Że niby Yuki?
      - To jest syn Amao? - zdołała z siebie wykrztusić.
      Erri uniosła brwi.
      - No przecież. A ty myślałaś, że kto? - zaśmiała się. - Nie no, chyba udajesz, co? Przecież każdy wie, że to on - paplała, ale widząc konsternację na twarzach Iri i Sil, zorientowała się, że te faktycznie są zupełnie zielone. - Nie wierzę. Słyszycie, dziewczyny? - rzuciła do reszty obecnych. - Nie wiedziała, że panicz Yuki to syn pana Amao! - Chichotała przez chwilę, ale potem nagle spoważniała. - Ale się znaliście, prawda? Nie wmówisz mi, że nie.
      - Okazało się, że jednak zupełnie go nie znałam - odrzekła lodowatym tonem Ilyari, mrożąc Erri spojrzeniem, po czym wyrwała się z jej uścisku. Nic już nie mówiąc, przeszła na swoją stronę i zamaszystym ruchem zasunęła zasłonki.
      Co to miało znaczyć?! Domyślała się oczywiście, że ten cały Yu jest dobrze sytuowany i ma jakieś kontakty, ale, do licha, Książę Salgarienu?! To się w głowie nie mieściło! Nie dość więc, że zrobił sobie z niej jakąś… panienkę do towarzystwa, to jeszcze pod przykrywką pomocy im umieścił ją i Silyę w przybytku ojca i spokojnie sobie na nich zarabia! A to skurczybyk! Nigdy w życiu mu nie wybaczy!
      - Ach, jestem zazdrosna! - zapiszczała Erri. - Ale cię spotkał zaszczyt! - rzuciła w stronę wciąż schowanej za zasłoną, ale bacznie przysłuchującej się Ilyari. - Nie dość, że ktoś pragnie jej tak bardzo, że chce ją mieć na wyłączność, to jeszcze jest to Książę Salgarienu! - paplała już do nikogo konkretnego. - Przecież jak da mu dziecko, będą małżeństwem, a to oznacza, że wejdzie w skład najbogatszej rodziny w Salgarienie i na całym Shantos!
      Ilyari gotowała się ze złości. Nie mogła w to wszystko uwierzyć, po prostu nie mogła…
      Silya odchyliła kotarę i wlazła na łóżko przybranej siostry. Pragnęła ją przytulić, ale ta jedynie wzdrygnęła się przed tym. Nie mogła teraz znieść żadnego dotyku. Chciała być sama. Na zawsze. Miała ochotę się zabić. Tak bardzo, tak bardzo… Z kolei gdy tylko myślała o Yukim, pragnęła rzucić się na niego i udusić go własnymi rękoma.
      Sil starała się nie mieć żalu do przyjaciółki, ale średnio jej się to udawało. Poczuła się dotknięta odepchnięciem jej, a poza tym Iri robiła z igły widły. Tak naprawdę miała przecież dużo lepszą sytuację od niej… To ona miała najgorzej, ale nikt tego nie widział, każdy zajęty był sobą. Ale to przecież normalne, w końcu była nikim… Na nią Yuki nawet nie spojrzał, a Ilyari wybrał sobie na „tę jedyną” i przyszłą żonę. A ona zostanie sama, jak zwykle… Pierwszego klienta również nie potrafiła w żaden sposób zadowolić. Widać było, że nią gardził. Powiedział nawet, że nigdy więcej do niej nie przyjdzie, bo nie lubi takich beks, co to nawet nie potrafią zająć się gościem. Poczuła się wówczas dotknięta i poniżona. Czy to takie złe, że się bała? To był jej pierwszy raz…
      Silya wpadła już w błędne koło zadręczania się. Zebrały się nad nią chmury. Iri dostrzegła to kątem oka, ale nie miała siły na doprowadzanie jej do porządku. Nie teraz, gdy jej życie waliło się coraz bardziej i bardziej. Pozwoliła więc Sil odejść w milczeniu do jej własnego kącika, zabrać pobrudzoną pościel i pójść do łazienki, by doprowadzić się do porządku. Ilyari tego teraz potrzebowała. Świętego spokoju i możliwie jak największej ciszy, by móc dołować się w nieskończoność.
      Tego wieczoru żadna z nich nie miała apetytu i nie poszła na kolację.

*
Atten, 25. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Kennis była już przekonana, że niebawem oszaleje. Nie dość, że nie miała niemal żadnej możliwości ruchu, wszystko ją bolało i ciężko jej się oddychało, to jeszcze bała się tak bardzo, że zastanawiała się, jakim cudem serce nie rozsadziło jej dotąd klatki piersiowej.
      I pomyśleć, że jeszcze tydzień temu żyła niemal normalnie, odbywając próby, występując, rozmawiając z przyjaciółmi i rodziną…
      Próbowała zasnąć, ale nie była w stanie. Wcześniej trochę drzemała, jednak podejrzewała, że powinna spać nadal. Nie słyszała żadnych odgłosów chodzenia, a Matina nie przyszła do niej jeszcze ze śniadaniem, więc pewnie nadal była noc - albo przynajmniej bardzo wczesny ranek.
      Wzięła głębszy wdech, co niestety wystarczyło, by do jej gardła dostał się kurz, przez co rozkaszlała się po raz nie wiadomo który w ciągu tych paru dni. Za każdym razem, gdy łapał ją atak kaszlu, niemal dostawała zawału. Gdyby w tym czasie do domu wtargnęli Armanie, od razu by ją znaleźli.
      Uspokoiwszy się wreszcie, otarła łzy, które podczas kasłania napłynęły jej do oczu. Dobrze, że miała choć tyle miejsca, by to zrobić.
      Ponownie zamknęła oczy.
      Już prawie zapadła w upragniony sen, gdy usłyszała to, czego najbardziej się bała: armańskie wrzaski. Rozkazy, przekleństwa i jeszcze raz rozkazy.
      Domownicy wyskoczyli z łóżek. Kennis podejrzewała, że byli równie przerażeni co ona. Zastanawiała się, jak szybko ją znajdą. By nie myśleć o tym, co ją czekało po odkryciu, zajęła się liczeniem sekund.
      Minęło mniej więcej siedem minut, gdy Armanie zaczęli odsłaniać przykrytą starym dywanem podłogę.
      Kurz, o bogowie, tyle kurzu!
      Żadnego kaszlu, Kennis, uważaj, żadnego kaszlu!
      Wstrzymała oddech i zacisnęła powieki oraz usta. Ale nawet cisza jej nie uratowała. Zanim się obejrzała, była już brutalnie wyciągana ze schowka. Teraz już wszystko jedno. Rozkaszlała się porządnie. Padła na kolana, gdy armański żołnierz ją popchnął.
      Ponieważ przez dłuższy czas przebywała w ciemości, jej oczy musiały przyzwyczaić się do światła. Mrugała i ocierała łzy, aż wreszcie obraz nieco się wyostrzył.
      Matina, jej mąż Elek i jego rodzice - Keresa oraz Famian - stali pod ścianą z rękoma założonymi za głowę. Jeden z Arman nie spuszczał z nich wzroku. Drugi z cwanym uśmieszkiem przypatrywał się Kennis. Trzeci i czwarty nadal szukali, nie wiedząc, że nikogo więcej już w tym domostwie nie znajdą.
      - Masz ty dokumenty, oihdoih? - zapytał ten, który pilnował Kennis.
      Z trudem dźwignęła się na nogi. Miała wrażenie, że zaraz znowu padnie, ale, ku jej własnemu zdziwieniu, tak się nie stało. Sięgnęła do malutkiej torebki, którą miała cały czas przy sobie. Wyjęła dowód tożsamości i podała go Armaninowi.
      - Och - usłyszała z jego ust. Choć kiedy odbierał od niej dokument, jego twarz wyrażała znudzenie tą rutynową czynnością, jego mina zmieniła się, gdy zobaczył, z kim ma do czynienia. - Słynna Kennis, co? - zwrócił się do niej. Przyglądał jej się przez chwilę, potem spojrzał na jej zdjęcie, a następnie znów na nią. Domyślała się, że wyglądała raczej żałośnie, przez co mogła nie do końca przypominać siebie z fotografii. - No, no, a to ci niespodzianka - mruknął do siebie. Chciał chyba coś jeszcze powiedzieć, jednak wówczas dwaj poszukiwacze zbiegów zameldowali, że dom jest już czysty. - Doskonale - rzucił. - Weźcie tę panią do samochodu - polecił, wskazując na Kennis. - Macie się z nią dobrze obchodzić i wara ją choćby tknąć, zrozumiano?
      - Tak jest! - zasalutowali równocześnie.
      Złapali ją ostrożniej niż się spodziewała, po czym zaczęli ją wyprowadzać. Odwróciła głowę, by posłać ukrywającej ją rodzinie spojrzenie pełne smutku, wyrzutów sumienia, ale i wdzięczności. W końcu, jak by nie patrzeć, wiele ryzykowali. Na szczęście nie wyglądało jednak na to, by mieli jakieś szczególne problemy z powodu ukrywania kogokolwiek. Gdyby było inaczej, coś by się już przecież działo, prawda?
      W chwili, w której przekraczała próg, wychodząc na zewnątrz, usłyszała pierwszy strzał. Odruchowo odwróciła się i zdążyła jeszcze ujrzeć kawałek martwego ciała Matiny. Krzyknęła rozdzierająco i automatycznie zaczęła się wyrywać.
      Drugi strzał.
      Jej zielone oczy wypełniły się łzami przerażenia i rozpaczy. Całe jej ciało rwało się do ucieczki, ale przytrzymujący ją Armanie byli dla niej zbyt silni.
      Trzeci strzał.
      Płakała przeraźliwie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Rzeczywistość przestała być realna, stała się dziwną, niepokojącą marą.
      Kiedy wpychali ją na tylne siedzenie czarnego jak smoła automobilu, usłyszała czwarty strzał. Wówczas opuściły ją wszystkie siły, stała się bezwładna niczym kukiełka z teatru lalkowego, który tak lubiła w dzieciństwie.
      Nie wiedziała, czy pozostali dwaj Armanie wyszli z domu po minucie, czy po stu latach. Nie wiedziała, jak długo trwała ich ożywiona rozmowa.
      Kiedy jednak ruszyli, wiedziała dokąd.

*
Salgarien, 25. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Ilyari i Silya w milczeniu udały się do stołówki. Najchętniej głodziłyby się w ramach niemego protestu przeciwko wszystkiemu, co się działo, lecz burczące brzuchy najwyraźniej się na to nie zgadzały.
      Miniona noc dla obu była okropnie nieprzyjemna. Na zmianę to się budziły, to zasypiały, tylko po to, by być dręczonymi przez koszmary. Niewyspane i w złych humorach, prawie się do siebie nie odzywały. Ich koleżanki też nie wyglądały na szczególnie zadowolone. Miały jednak o tyle lepiej, że, jak by nie patrzeć, były przyzwyczajone do prostytucji. Dla Iri i Sil nie tylko ten „zawód” był nowością, ale i samo obcowanie z mężczyznami. Czuły się tak zawstydzone, że nie potrafiły jeszcze na ten temat porozmawiać.
      Silya zagryzła wargę. Nie tak to sobie wyobrażała… Miała wyjść za mąż i to z tym - i tylko tym! - człowiekiem dzielić łoże. Naturalnie jej mąż miał się okazać młodym, przystojnym, niesamowicie sympatycznym chłopakiem. Tymczasem zaś wylądowała w domu publicznym, mając być zabawką dla… dla kogokolwiek, kto tylko ją zechce. Nie było w tym zbyt dużo romantyzmu. Najgorsze jednak było to, że ona, zupełnie nie panując nad własnymi myślami, i tak co rusz marzyła o tym, że zjawi się tu jej książę z bajki i wybawi ją z opresji. Musiała pilnować się, by nie powiedzieć o tym Ilyari, bo ta tylko by ją zrugała albo wyśmiała.
      No właśnie, Ilyari… Dlaczego tak bardzo przeżywała to, że wykupił ją Yuki? To znaczy… Niby rozumiała, że nie tak go sobie obie wyobrażały, ale kto wie, może kierowała nim miłość albo chęć niesienia pomocy? To byłoby takie słodkie i na swój sposób tragiczne! Iri miała szczęście. Zresztą… Nawet jeśli on jej nie kocha, co z tego? Był najlepiej sytuowanym obywatelem wyspy. Mógł dać jej wszystko. Wystarczy, że Ilyari zajdzie z nim w ciążę, a Armanie uczynią z nich małżeństwo i Iri będzie mogła sobie żyć w spokoju i dostatku, o jakim nigdy nawet nie śmiałaby marzyć. Oczywiście Silya jej tego życzyła. Chciała, by Ilyari była bezpieczna i szczęśliwa. Ale jednocześnie była zazdrosna, tak bardzo zazdrosna… Nie przyznałaby się do tego, co to, to nie. Właściwie sama nie do końca zdawała sobie z tego sprawę. Tak samo jak z tego, że myślała o sobie jak o męczennicy, dobijając się faktem, iż Yuki wybrał jej przybraną siostrę, a nie ją, więc ona będzie musiała nie wiadomo jak długo usługiwać nie wiadomo jak wielu mężczyznom. Bała się, że nawiedzi ją więcej takich ludzi jak Ureno - niemiłych, oschłych, niedelikatnych. Co więcej, zapewne nie każdy będzie młody. Jak będzie miała postępować, jeśli przyjdzie do niej jakiś starszy, brzydki jegomość? Na samą myśl robiło jej się niedobrze. Iri to jednak miała świetnie! Yuki nie należał może do najprzystojniejszych mężczyzn na świecie, ale był słodki, przemiły i skromny, co było wręcz szokujące zważywszy na to, że był tak bogatym człowiekiem. Do licha, ani jej, ani Iri nawet przez myśl nie przeszło, że może być Księciem Salgarienu! Przyjaźnił się też z Shinem i Minaili, którzy przecież byli zwykłymi mieszczanami. Nie zważał więc na różnice klasowe. To bardzo dobrze o nim świadczyło.
      Uch, chyba zaczęła go idealizować. To tylko ją pogrążało, bo coraz bardziej zazdrościła Ilyari.
      Ta z kolei nijak nie potrafiła sobie poradzić z targającymi nią uczuciami. Była na siebie wręcz wściekła z powodu tego, że aż tak bardzo zabolała ją zdrada Yukiego. Bo tak i tylko tak go właśnie widziała: jako zdrajcę. Głupia, myślała, że to dobry człowiek, który wraz z Shinem ryzykował życiem, by ocalić ją i Silyę! Był taki miły, taki taktowny… Udało mu się ją pocieszyć, gdy wpadła w rozpacz. Uważała za uwłaczające to, że kilkakrotnie był świadkiem jej wybuchu żalu. Widział ją tak okropnie słabą… Nie mogła więc teraz pokazać, jak bardzo czuje się zraniona i wątła. Musiała nim gardzić i go nienawidzić, ale, na bogów, to nie takie proste jak jej się wydawało. Gdzieś na samym dnie jej duszy wciąż tlił się malutki płomyczek nadziei, że zrobił to, ponieważ… Ponieważ co? Do licha, nie zasługiwał na żadne taryfy ulgowe! Nic go nie tłumaczyło. To podły zdrajca, pieprzony paniczyk pływający w złocie i zboczeniec, jak każdy mężczyzna na tym beznadziejnym ludzkim padole. Nie będzie go na siłę usprawiedliwiać, o nie!
      Naburmuszona, niemal ze złością jadła powoli swoje kanapki z żółtym serem, pomidorem i kiszonym ogórkiem. Z drugiej strony stolika, naprzeciwko niej, Silya wcinała kanapkę z dżemem malinowym, jak zwykle się przy tym brudząc. Normalnie Ilyari roześmiałaby się na ten widok, ale na myśl, że w takich momentach pani matka nie szczędziła Sil komentarzy na temat tego, jaka to jest nieuważna, zrobiło jej się przykro. W milczeniu podała Silyi serwetkę, a sama przerzuciła się z myślenia o Yukim na myślenie o Miirze. Tak okropnie za nią tęskniła! Gdyby żyła, nie pozwoliłaby na to wszystko… Kto wie, może wpadłaby na jakiś genialny plan, który wyrwałby Iri i Sil z potrzasku? Może…
      Nie. To na nic. Ona nie wróci, nigdy. Wcześniej Ilyari miała przynajmniej nadzieję, że spotka się z nią po śmierci, ale po wczorajszym wieczorze… Złamawszy przysięgę daną Najstarszym, Ilyari zaprzepaściła swoją szansę na dostanie się nad Ocean Łaski, gdzie to na pewno wylądowała pani matka. Nie, Iri czekał już tylko Ogień Sprawiedliwości… Tak bardzo ją to bolało i przerażało! Nie wiedziała też, kogo tak naprawdę powinna obwiniać. Miirę, bo zmusiła ją do złożenia tej przysięgi? Siebie, bo wybrała życie zamiast śmierci? Silyę, przez którą dokonała takiego właśnie wyboru? Czy może Yukiego, który odebrał jej cnotę?
      Odpowiedź mimo wszystko okazała się zadziwiająco prosta. Nie potrafiła nienawidzić Miiry i nawet nie miała do niej żalu. Silyę kochała jak siostrę i choć nie była zadowolona z tego, że przez nią zdradziła siebie, nie chciała jej za bardzo obwiniać. To był jej wybór… i jego czyn. To oni, Ilyari i Yuki, zasługiwali na potępienie. Sobie miała za złe to, jak nisko upadła, ale jego nienawidziła całym sercem za to, co jej zrobił. Na choćby najmniejsze wspomnienie „tego” robiło jej się słabo. Nie wyobrażała sobie, by miało się to powtórzyć. A miało. Codziennie. O bogowie, dlaczego? Dlaczego?!

      Jęknął cicho, przewracając się na plecy i zakrywając ręką oczy. Całą noc śniło mu się jej pełne pogardy spojrzenie. Te piękne, zielonobrązowe oczy były w stanie idealnie przekazać, co o nim myśli ich właścicielka. Bogowie drodzy, jak ona go nienawidziła! Jego serce roztrzaskało się na milion kawałków. Bał się, że nie uda mu się go poskładać. Dlaczego tak się działo? Najpierw stracił matkę, a teraz kobietę, która pojawiała się w co drugiej jego myśli. To znaczy… Pewnie, miał się z nią widzieć i z nią być codziennie. Nie ma co, cudownie, czego więcej chcieć? O losie! Wolałby umrzeć niż czuć się tak jak w chwili, gdy odebrał jej cnotę. Poczuł się jak zdrajca i największy możliwy zwyrodnialec. Do licha, nie potrafił nawet czerpać przyjemności ze zbliżenia. No dobrze, ciało może i reagowało jak powinno, ale serce tylko dodatkowo go za to rugało. Żałosny, żałosny…
      Westchnął przeciągle i odsunął rękę. Spojrzał na sufit. Wpatrywał się tak w niego kilka minut, jak gdyby chciał znaleźć w nim pocieszenie lub odpowiedź na dręczące go pytania i wątpliwości. Naturalnie nadaremno.
      Powinien już dawno być w pracy. Jeśli ojciec się dowie, że Yuki do godziny dziewiątej rano wylegiwał się w łóżku i samobiczował, będzie co najmniej niezadowolony. Co prawda trochę czasu w tę czy we w tę nie zrobi różnicy, ale Amao był zasadniczym człowiekiem i pilnował dyscypliny, nawet - a może szczególnie - gdy chodziło o jego własnego syna.
      - Szlag - mruknął pod nosem Yu, zmuszając się do wstania. Umył się i ubrał, oczyma wyobraźni wciąż widząc Ilyari i ten wyrzut na jej twarzy. Dlaczego tak zranił istotę, którą chciał uratować i ochronić przed całym złem tego świata?
      Bez sensu. Wszystko było bez sensu.

*
Atten, 25. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Przez całą drogę przebywała w stanie podobnym do transu, dlatego nie miała pojęcia, czy podróż trwała kilka minut, czy kilka godzin. Niebo, o dziwo, zdawało się jednak wskazywać na to pierwsze…
      Oderwawszy mętny wzrok od sklepienia, które bezmyślnie obserwowała przez okno armańskiego automobilu, zamarła. Ze zdumieniem rozejrzała się dookoła. Była przekonana, że żołnierze wiozą ją do jednego z tych strasznych Wielkich Domów Rozkoszy, tymczasem zaś, nie dość, że nadal była w stolicy swej ojczyzny - Attenie, to na dodatek wylądowała w Dzielnicy Willowej… tuż przed swoim domem.
      - Wyłaź - rzucił jeden z Arman. Ocknąwszy się, spostrzegła, że wszyscy poza nią i kierowcą opuścili już pojazd.
      Drżąc lekko, jakby spodziewając się, że to wszystko to jakiś podstęp albo chory żart, udało jej się wyjść z samochodu. Czuła, że ledwo utrzymuje się na nogach. Jeszcze raz się rozejrzała, ale nie było mowy o pomyłce. Znajdowała się na swojej ulicy. Przed swoim domem, tym, który udało jej się kupić kilka lat temu, jeszcze przed wojną. Jako dziecko mieszkała w rodzinnej wsi, Friyi, ale potem przeprowadziła się z rodzicami i rodzeństwem do Attenu, w którym zakochała się w teatrze.
      - Widzisz? I na co ci było całe to chowanie się? Mogłaś te dni spokojnie spędzić we własnej willi - powiedział do niej drwiąco jeden z Arman.
      Bogowie, czy ona śni?
      - Zaprowadźcie ją do jej sypialni - rozkazał swym podwładnym. Od razu ujęli ją pod ramiona i poprawadzili w stronę budynku, który ostatni raz widziała dziewiętnastego rano. Ledwie sześć dni, a zdawało się, jak gdyby minęły całe wieki…
      Serce Kennis waliło niepokojąco mocno. Czego miała się spodziewać? Czy mogła liczyć na łaskę ze względu na swoją sławę? Czy to możliwe, że ukochany teatr ją ocalił? A może to tylko kolejna zabawa mężczyzn?
      Kiedy wraz z dwoma Armanami przekraczała próg własnego domu, wstrzymała oddech.

*
Ainerey, 25. dzień 8. miesiąca 424. roku Ery Paktu

      Stolica Dameyu tonęła w szarości. Deszczowe chmury w całości przesłaniały niebo, jak gdyby chciały przypomnieć mieszkańcom miasta, że nie ma już dla nich nadziei. Od kiedy przed pięcioma dniami Armanie rozpoczęli łapanki niezamężnych kobiet, w Ainereyu panował chaos. Pierwsze trzy dni charakteryzowały się głównie przeraźliwymi krzykami i bieganiną. Dameyczycy udawali myszy, a Armanie - koty. Mimo że gryzonie próbowały się bronić i buntować, zorganizowały też niejedną akcję mającą wspomóc rodaczki, przegrały z kretesem. Udało im się uratować zaledwie jednostki, ale i one prędzej czy później wpadną. Tak czy inaczej, w ramach kary za niestosowanie się do rozkazów przeprowadzane były dodatkowe łapanki. O każdej możliwej porze dnia i nocy. W mniej lub bardziej losowych miejscach. Niektórych rozstrzelano na miejscu, innych zostawiano na publiczną egzekucję. Kobiety gwałcono, mężczyzn nierzadko torturowano. Nie oszczędzano dzieci ani osób starszych czy chorych. Dla nikogo nie było litości. Według zwycięzców wojny, Dameyczycy czy Marrymoci na nią nie zasługiwali.
      Finn zagryzł wargę, po raz tysięczny powstrzymując odruch, który kazał mu wkroczyć do akcji, zrobić cokolwiek, byle tylko nie musieć patrzeć na kolejną śmierć niewinnego człowieka. Chciał walczyć, jakoś sprzeciwić się temu okrucieństwu… Ale ojciec mu zakazał. W normalnych okolicznościach Finn oczywiście by się zbuntował. Nie był dzieckiem, miał siedemnaście wiosen i od najmłodszych lat był szkolony na przyszłego gwardzistę królewskiego, co wiązało się zarówno z wyczerpującymi treningami fizycznymi, jak i koniecznością ćwiczenia umysłu. Na szczęście nie był głupi. Właściwie miał nawet talent - bardzo szybko zapamiętywał to, co widział lub przeczytał. Nie był geniuszem, a jego zdolność nie była, dajmy na to, pamięcią fotograficzną - ot, po prostu zapamiętywanie przychodziło mu łatwiej niż przeciętnej osobie.
      Oprócz tego wszystkiego wbijano mu też do głowy, że ma być bezwzględnie posłuszny przełożonym - jak dotąd miał przez nich rozumieć rodziców i nauczycieli, a w przyszłości wszystkich strażników wyższych stażem i, naturalnie, króla oraz jego rodzinę.
      Służba w pałacu nie była dziedziczna, ale ojcu Finna bardzo zależało, by syn poszedł w jego ślady, dlatego, nawet niepytany o zdanie, jako dziecko rozpoczął naukę. Obecnie uważał, że wie już wszystko, co trzeba. Bywał zbyt pewny siebie, czasem porywczy, stał się niepokorny. Stąd pewność, że gdyby nie poważna mina ojca, kiedy kazał mu siedzieć cicho i nie wplątywać się w walkę podczas łapanek, zignorowałby jego słowa.
      Otrzymał inne zadanie. Ojciec wręczył mu stos map, których miał nauczyć się na pamięć. Powierzchnia, podziemie. Ainerey i okolice. Do tego adresy. Miał je zapamiętać, a następnie spalić kartki, na których je zapisano. W razie rewizji - zniszczyć wszystko od razu. Armanie wpadli do domu dwa dni wcześniej - na szczęście Finn miał większość informacji w małym palcu. Adresy już wcześniej spalił, z kolei, otrzymawszy od matki ostrzeżenie, że Armanie są już u sąsiadów, szybko pozbył się zapamiętanej mapy kanałów. Ta Ainereyu i okolic nie powinna im zaszkodzić, wszak zwykłe atlasy posiadało wiele osób.
      Odszedł od okna, nie mogąc znieść widoku sceny, jaka się za nim rozgrywała. Przymknął oczy, policzył do dziesięciu i uspokoił oddech.
      Usiadł na drewnianym, nieobitym krześle, odchylił się na nim i spojrzał na biały sufit. No, prawie biały. Kiedyś biały.
      Po raz kolejny począł zastanawiać się, dlaczego ojciec zachował się tak, a nie inaczej. Bo przecież nie mogło mu chodzić tylko o zapewnienie mu bezpieczeństwa, prawda? To byłoby… nieprofesjonalne. Więc może przyczyny trzeba było upatrywać w reszcie rodziny? Może ojciec podejrzewa, że niebawem zginie, więc chce, by Finn przeżył i zajął się za niego matką i siostrami? A może… Może powód był ważniejszy? Może ojciec kazał Finnowi zapamiętać te wszystkie informacje i mapy w konkretnym celu, a nie tylko po to, by czymś zająć jego myśli, jak to już nieraz robił?
    Finn miał nadzieję, że ojciec niebawem wróci i wyjaśni mu sytuację. Z trudem znosił bezczynność, szczególnie w tak ciężkich czasach…